Racing story

Mój pierwszy kontakt ze sportem żużlowym miał miejsce w Gnieźnie, w połowie lat osiemdziesiątych. Na początku z ojcem, a później już sam chodziłem oglądać popisy żużlowców 'Startu'. Była to jedyna widowiskowa dyscyplina sportu w naszym mieście i chyba to zadecydowało o moim wyborze. Wiele musiałem przejść, aby uzyskać zgodę rodziców na rozpoczęcie treningów. We wrześniu 1991 roku po raz pierwszy wsiadłem na motocykl żużlowy. Dwa lata żmudnej i niełatwej pracy zaowocowały zdaniem egzaminu na licencję "Ż" na torze w rodzinnym Gnieźnie 5 października 1993 roku.

Szybko się przekonałem, że żużel to nie szachy. Pierwsze punkty zdobyłem rok później w towarzyskim spotkaniu z Włókniarzem Częstochowa 2 (1,1,0). Później, zamiast coraz lepiej, było coraz gorzej: 1 pkt w pięciu meczach. W międzyczasie debiut ligowy na stadionie w Pile wypadł blado 0 (0). Dużo upadków na treningach i słabe występy w "młodzieżówkach" dały mi dużo do myślenia. Odsunięcie ze składu spowodowało, że zacząłem pomagać kolegom podczas zawodów. I już pogodziłem się z rolą mechanika, kiedy Markowi Nowakowi i Szczepanowi Kulczakowi przytrafiły się kontuzje. Brak zawodników zmusił klub do załatania dziur w składzie trójką juniorów: Leszkiem Sikorskim, Przemysławem Fajferem i mną. Dano nam lepsze motocykle kolegów. Było to na meczu z KKŻ Krosno. Trener wstawił mnie do składu na pozycji rezerwowego, ale już w drugiej serii startów musiałem zastąpić niezdolnego do dalszej jazdy Przemka Fajfera. Pamiętam, jak przed wyjazdem do biegu, bardzo niespokojny o mój występ Marian Siepak powiedział: "Możesz jechać czwarty, daleko z tyłu, tylko się nie przewróć!" OK. pomyślałem. Dużo strachu, zielone światło, taśma w górę i na 30 metrach nie widzę nikogo. Chyba tylko z przejęcia straciłem na kolejnym łuku pierwszą pozycję. Drugi bieg przyjechałem trzeci, a następny wygrałem. Było to moje pierwsze zwycięstwo, do tego jeszcze w debiucie ligowym przed własną publicznością. Wiedziałem wtedy, że jednak nadaję się do tego sportu, ale same chęci nie wystarczą. W sumie do końca 1994 roku objechałem razem 27 spotkań, w tym 7 ligowych. Zdobyłem 13 pkt., co dało średnio 0,722 pkt. na bieg.
Sytuacja młodzieżowców w gnieźnieńskim klubie nie była ciekawa. Stary, rozsypujący się sprzęt i brak chęci doinwestowania juniorów. Wtedy to pojawił się w klubie nowy trener Pan Zbigniew Jąder. To on spowodował, że na "młodych" zaczęto patrzeć pod lepszym kątem. Początek sezonu 1995 nie był taki, jak trzeba: upadki i "zerówki". Pan Zbyszek wziął mój silnik do jakiegoś mechanika. Nie powiedział jednak gdzie. Efekt był natychmiastowy: 4 pkt. (1,2,1) z RKM Rybnik. Po dwóch dniach Turniej Zaplecza Kadry Juniorów w Pile. Straszny, mokry, rozsypujący się i dziurawy czarny tor. Trzeba było nieźle pogłówkować, by utrzymać prawidłowy tor jazdy. Było nieźle: 2,2,3. Następny wyścig z Damianem Balińskim, który do tej pory nie przegrał z nikim. Trener Jąder mówi: "Jedź spokojnie drugi, Bally-ego sobie odpuść." No i jechałem drugi, lecz ciągle zbliżałem się do Damiana i w efekcie zwyciężyłem. Bally tego dnia przegrał tylko ze mną, a nie muszę przypominać kim on wtedy był wśród juniorów. W całym turnieju zająłem 3 miejsce. Dzień później, w Gnieźnie, podładowany psychicznie zdobyłem 12 punktów (3,3,1,2,3), jednak dało mi to dopiero 5 miejsce. Wszyscy, łącznie z trenerem, byli zadowoleni z mojej postawy, oprócz mnie. Przecież jeździ się po to, by wygrywać. W dwóch następnym turniejach młodzieżowych uzbierałem razem 17 punktów, no i trzeba było wyremontować silnik. Szkoda, że Pan Zbyszek nie mógł już tego zrobić, bo w klubowym warsztacie nie wyremontowali go już tak jak wcześniej. Moje loty bardzo się przez to obniżyły. Wiedziałem, że już niedługo mam otrzymać nowy motocykl od fabryki obuwia "Polania". Pamiętam, że była to nowa, biała JAWA.
W międzyczasie poznałem Pana Leszka Czerwińskiego. Stało się to za sprawą Pana Andrzeja Ciążyńskiego i mojego ojca. Pan Leszek podarował mi wtedy nowy kombinezon. W 1995 roku objechałem 51 imprez, w tym 5 w drugiej reprezentacji Polski juniorów w Czechach i Niemczech. Pod koniec sezonu w finale Brązowego Kasku zdobyłem 6 miejsce. W lidze uzyskałem 58 pkt. i średnią 1,260 pkt/bieg.


Z początkiem 1996 roku zaczęły spełniać się moje marzenia. Panowie Czerwiński i Stolarz ufundowali mi motocykl. Miałem prywatną, nową, leżącą JAWĘ. Trzymałem ją, nie mając jeszcze warsztatu, w przydomowej altanie. Ładowałem na przyczepkę i "Maluchem jechałem na stadion. Początki profesjonalizmu. 1996 był pierwszym sezonem w I lidze. Zacząłem jeździć coraz lepiej. Drugi mecz ligowy w Grudziądzu i 10 pkt. (3,1,3,2,1). Pierwsze miejsce w Memoriale Marcin Rożaka i Grzegorza Smolińskiego. W półfinale MIMP w Pile drugie miejsce, w eliminacjach MMPPK w Rybniku zdobyłem 16 pkt. (2,3,3,3,3,2)na 19 całej drużyny. W finale MIMP w Rzeszowie uzyskałem tylko 6 pkt. (3,1,0,d,2) i zająłem 11 miejsce. Na pocieszenie wygrałem Turniej Zaplecza Kadry Juniorów i czekałem na finał Srebrnego Kasku. Tam nie wytrzymałem ciśnienia, traciłem bardzo dobre pozycje z błahych powodów. Tylko 11 miejsce, 5 pkt. (1,3,1,d,-). Do powtórki mojego ostatniego biegu nie wyjechałem, ponieważ w pierwszej odsłonie załapałem się na karambol Tomasza Rempały i Roberta Mikołajczaka. Złamałem nogę i uszkodziłem wiązadła krzyżowe kolana. Dwa miesiące przerwy. Wróciłem pod koniec roku zdobywając Vice Mistrza Okręgu Poznańskiego. Ogólnie w ekstraklasie zdobyłem 79 pkt. uzyskując przyzwoitą średnią biegową 1,49. Później, w listopadzie, wraz z kolegami z całej Polski polecieliśmy na tourne do Republiki Południowej Afryki.Tam jako reprezentacja narodowa rozegraliśmy 4 spotkania z drużyną RPA , które miały za zadanie rozpropagować tamtejszy speedway. Przeciwnik nie był wymagający, to też wygraliśmy 4: 0 . Ponadto dużo zwiedzaliśmy i podróżowaliśmy : Johanesburg, Pretoria, Sun City, Durban. Były to niesamowite "żużlowe wakacje".
Sezon 1997 okazał się moim najgorszym sezonem w życiu. Załamałem się po odpadnięciu z eliminacji krajowych IMŚ Juniorów. To, co działo się później, było jednym, wielkim koszmarem, o którym chciałem jak najszybciej zapomnieć. W MIIMP w Częstochowie nie liczyłem się w ogóle, 4 pkt. (d,d,d,1,3). W ekstraklasie tylko 48 pkt. i fatalny wynik 0,923 pkt./bieg.

Postanowiłem solidnie wziąć się za siebie i postawić wszystko na jedną kartę. Był to bowiem mój ostatni sezon wśród juniorów. Dzięki Panom Śniegowskiemu i Skrzypczakowi moimi silnikami zajął się Pan Ryszard Kowalski. Od niego nauczyłem się naprawdę sporo, zresztą do dziś się dowiaduję i mogę tylko żałować, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Sezon 1998 był wielkim sprawdzianem. Panowie Czerwiński, Stolarz i Ciążyński, pomimo moich ciężkich dni, ciągle pozostawali przy mnie wspierając psychicznie i finansowo. Klubowy mechanik, Paweł Biskup, który rok później zginął w wypadku samochodowym, pomagał mi przy motocyklach na co dzień. Razem z tymi wszystkimi ludźmi osiągnęliśmy prawie bardzo dobry wynik. W cuglach wygrałem finał Eliminacji Krajowych IMŚ Juniorów w Pile z 13 pkt. (3,3,3,3,1). Wraz z braćmi Fajferami zdobyłem brązowy medal MPPK w Gorzowie, a z Pawłem Duszyńskim i Mariuszem Lisiakiem srebro w MMPPK w Pile. We włoskim Terenzano zająłem trzecie miejsce i awansowałem do finału IMŚJ. Czekałem na tę imprezę przygotowując się bardzo starannie. Wiedziałem, że stać mnie na zwycięstwo, chociaż faworytem nie byłem. Jadąc do Piły, gdzie miał się odbyć finał, jechałem tylko po jedno, po złoto! Ogromna koncentracja i wielka wiara w to, co się robi dały w efekcie 14 pkt. (3,3,2,3,3). Pokonałem m.in.: póżniejszych Mistrzów Świata Lee Richardsona i Andreasa Jonssona oraz Scotta Nichollsa, Nicky Pedersena, "Okonia" ,"Bally`ego". Uległem tylko Robertowi Dadosowi. Ten ostatni pokonał mnie również w biegu dodatkowym. Grand Prix musi jeszcze poczekać. Cały stadion, cała żużlowa Polska cieszyła się z naszego sukcesu: złoto i srebro IMŚJ dla biało-czerwonych. A ja płakałem. Ale nie ze szczęścia, tylko z odniesionej porażki. Mało kto mnie wtedy rozumiał, a dziś jeszcze wielu nie może tego pojąć. Przyjechałem zwyciężyć i przegrałem. Tak prawdę mówiąc, to zadowolony jestem tylko wtedy, kiedy wykręcę "maxa". Taki już jestem. I chociaż był i jest to jak dotychczas mój największy sukces, to tak naprawdę była to moja największa porażka. To nic. Mówi się trudno. I trzeba jechać dalej. W finale MIMP w Grudziądzu straciłem niemal pewny medal tylko dzięki umiejętnemu przeszkadzaniu sędziego startowego, po zapaleniu się zielonego światła w moim ostatnim biegu. Brak słów. Tylko 9 pkt. (1,3,3,2,0) i szóste miejsce. Powetowałem sobie tą porażkę później. W Lesznie podczas finału Srebrnego Kasku zająłem trzecie miejsce z 11 punktami. (2,3,3,d,3). W finałowym turnieju MDMP w Gnieźnie zdobyliśmy tytuł Mistrzów Polski, pierwsze w historii klubu złoto. Ligowe występy, mimo kilku wpadek, wypadły zadowalająco:141 pkt. i średnia biegowa 1,855. Pod koniec roku wyjechałem wraz z Elizą do Australii. Wyjazd ten ufundowała mi fabryka silników żużlowych Masek. Każdy turniej z serii Ivana Maugera był wielkim show: sidecary, gocarty, samochody .I wszystko na jednym torze z betonowymi bandami. Ze znanych zawodników można było pościgać się z Romanem Poważnym i braćmi Drymlami. Muszę przyznać, że te wakacje pobiły o głowę te w RPA. Słońce, dzika przyroda, plaża, nurkowanie do rafy koralowej, przyjaźnie nastawieni tubylcy oraz dużo wspaniałej zabawy. Szczerze życzę każdemu, by kiedykolwiek było mu dane odwiedzić ten kontynent.
Tak zakończyłem starty w gronie juniorów. Chociaż nie było mi dane od początku robić oszałamiającej kariery, jak inni koledzy mający za sobą doświadczenie ojców i braci, to udowodniłem i pokazałem sobie, że wytrwała i ciężką pracą można sporo osiągnąć.

Pełen optymizmu zacząłem 1999 rok, już jako senior. Wielu skazywało mnie na zimny prysznic. Indywidualnie udało mi się tylko wystartować w Rundzie Kwalifikacyjnej IMŚ w Bydgoszczy. Jako rezerwowy zdobyłem 5 pkt. (2,3). Z IMP odpadłem już w ćwierćfinale. Za to w I lidze utrzymałem swój zeszłoroczny poziom uzyskując 158 punktów i średnią 1,795. Mojej drużynie nie udało się jednak utrzymać w szeregach ekstraklasy - zawiedli na całej linii obcokrajowcy.
Spadek spowodował odejście z klubu Roberta Sawiny. Sam również jedną nogą byłem już poza Gnieznem. Zaufałem jednak klubowym działaczom i postanowiłem wystartować w niższej klasie rozgrywek. Zła atmosfera wokół klubu, Słaby stan finansowy, duże spóźnienia z płatnościami (jak co roku zresztą), masa poważnych i nieprzyjemnych defektów z tego powodu, wpłynęły na kilka niepotrzebnych porażek w lidze. Mam świadomość, że zabrakło moich punktów w niektórych meczach, ale to nie do końca moja wina. Indywidualnie nie awansowałem do IMP, zająłem za to trzecie miejsce w Gdańsku podczas Półfinału Kontynentalnego IMŚ z 10 pkt. (3,2,3,2). Stanąłem ponownie przed szansą awansu do Grand Prix. We włoskim Lonigo zdobyłem 10 punktów (3,1,3,1,2) i sklasyfikowano mnie na szóstym miejscu, które dawało mi awans do Grand Prix Challange. Lecz tak się nie stało. Oficjalnie 3 godziny przed zawodami rozwieszono komunikat FIM, iż z powodu przyznania jednego miejsca gospodarzom GP Challange, czyli zawodnikowy niemieckiemu, premiowanych miejsc będzie tylko pięć. Mówi się trudno. W lidze uzbierałem 220 pkt. z średnią 2,156 pkt./bieg. Okazałem się czwartym Polakiem w rozgrywkach I ligi i nominowano mnie do finału Złotego Kasku. We Wrocławiu blamażu nie było: ósme miejsce wśród najlepszych polskich zawodników z 7 pkt. (3,0,2,2,0), ale mój występ pozostawiał wiele do życzenia. Dzień później w dobrze obsadzonym turnieju "Gniezno 2000" uległem tylko Tomaszowi Gollobowi i Toddowi Wiltshire`owi: 3 miejsce z 12 pkt. (1,3,3,2,3). W pokonanym polu zostali m.in.: Tony Rickardsson, Henka Gustafsson, Tony Kasper czy Sebastian Ułamek. Poza Polską startowałem również w Superlidze duńskiej. W 10 meczach zdobyłem 60 pkt. i wspólnie z drużyną BSC Brovst zdobyliśmy Mistrzostwo Danii.

Po rozmowach z działaczami Startu, którzy jasno określili się co do moich występów w 2001 roku zacząłem szukać klubu ekstraligowego. Trafiłem do Polonii Piła. W debiucie z Unią Leszno wykręciłem 10 pkt. Póżniej obniżyłem średnią na 6 do 9 pkt. W finale el.kr. do IMŚ w Rawiczu zająłem 2 msc. z 12 pkt. (3,1,2,3,3). Wygrałem Rundę Kwalifikacyjną w Lonigo z kompletem 15 pkt. (3,3,3,3,3). W między czasie zadebiutowałem w Elite Leauge w zespole Wolverhampton. Anglia to prawdziła szkoła życia i speedway'a. Wystartowałem w 29 imprezach kończąc rozgrywki z KSM 4,80. Oczywiście mogło być lepiej. Jeżeli tylko pozwolą mi warunki sprzętowe to bez wahania wrócę na Wyspy. Pech dopadł mnie w Lublinie podzczas 1/4 IMP. Niejaki Piszcz ,,wsadził " mnie w deski . Z nogą w gipsie pojechałem na Półfinał Kont. IMŚ do Terenzano ale 5 pkt. nie dało awansu. Załamałem się. Na dodatek 5 dni po zdjęciu gipsu dałem się namówić działaczom Polonii na występ ligowy. Myślałem, że zacisnę zęby i pojadę. Byłem tylko wrakiem wiszącym na motocyklu. Ostatni 3 mecze z moim udziałem w ogóle nie powinny mieć miejsca. Cóż, człowiek uczy się na błędach. Poza złamaną kostką miałem naderwany bark, naderwane wiązadła prawego kolana i parę innych. W jednym sezonie miałem tyle kontuzji ile przez całe 6 lat starów.
Co do Polonii, to niech wszyscy wiedzą, że zapłacili mi tylko za 2 pierwsze mecze. Z umowy kontraktowej nie wywiązali się prawie w ogóle. To zwykli oszuści.

W 2002 roku wróciłem do Startu. Dlatego tylko, że za rządzenie zabrał się p. Czerwiński, ponieważ niepłacenie zawodnikom jest dzisiaj w modzie. Trudno znależć osoby, którym można zaufać. Zmontowano niezłą drużynę. Później dołączył do nas Krzysiek Cegielski i stworzyliśmy naprawdę zgrany zespół. Zapowiadana walka o pierwszą ,,trójkę" rozbudziła apetyt wszystkim i stała się prawdziwym bojem o awans do ekstraligi. Doping kibiców i atmosfera na meczach była fantastyczna. Pierwsza połowa sezonu była dla mnie bardzo udana. Nie było widać śladu po urazach i niepowodzeniach. Zespół skończył rundę zasadniczą na I miejscu! W między czasie kupiłem silnik GM-a. Silnik o innych parametrach technicznych niż moje JAWY spowodował pewne trudności. Przyznaję, że się pogubiłem. Nie potrafiłem ustawić go podczas zawodów do panujących warunków. Wyniki się pogarszały. Kontuzja ,,Cegły" osłabiła nas w rundzie play-off. Wylądowaliśmy na II miejscu. Po całym sezonie naprawdę niezłych występów (199 pkt i śr. biegowa 2,051), w ostatnim meczu decydującym o awansie zawiodłem na całej linii. Po tych zawodach odechciało mi się speedway'a.
Odbudowanie wiary w samego siebie kosztowało mnie wiele wysiłku. Zimą, wspólnie z Mirkiem zaczęliśmy współpracować z Leszkiem Hybiakiem. Nowatorski trening spowodował bardzo dobre przygotowanie do sezonu 2003. Zdecydowałem się ostatecznie przesiąść na GM-y.

Wzmocnienie się kilkoma zawodnikami spowodowało klęskę urodzaju. Kombinowanie ze składem i brak atmosfery były moim zdaniem główną przyczyną niepowodzeń drużyny i co za tym idzie problemów finansowych. Brak jakichkolwiek wypłat odbił się tragicznie na sprzęcie. Indywidualnie wystąpiłem z miernym skutkiem w finale IME (12 msc.) i Złotego Kasku (15 msc.). Jeśli chodzi o występy ligowe, był to mój najlepszy sezon. Tak wysokiej i równej formy przez cały sezon nie miałem jeszcze nigdy. 182 pkt i śr. biegowa 2,219 uplasowały mnie na 7 msc. wśród zawodników I ligi, a na 3 msc. w śród Polaków. I tak właśnie minęło 10 lat od chwili, kiedy zacząłem przygodę z żużlem. Bóg sprawił że hobby i miłość do ścigania się stało się moim sposobem na życie. Dziękuję mu za to. Mam nadzieję, że przez kolejne 10 lat zrealizuję sam siebie i będę jeszcze bardziej szczęśliwy.

W 2004 roku przeniosłem się do Gdańska. Celem nr 1 był awans do Ekstraligi. Osiągnęliśmy go raczej bez większego problemu. Wystartowałem w 15 meczach i uzyskałem śr. biegową 1,95. W Szwecji i Danii rozgrywki ligowe moje drużyny ukończyły na 6 pozycji. Ponadto byłem 2 w turnieju Lotos Cup w Gdańsku. Wspólnie z kolegami stanąłem na podium MPPK. W Indywidualnych Mistrzostwach Europy zająłem 6 msc. Osiągnęliśmy awans, ale "odgórna" presja wyniku pozostawała na całej drużynie. Bez większych zmian w składzie szło nam całkiem nieźle w 2005 roku.. Cel jakim było 6-te msc. był w naszym zasięgu. Zabrakło odrobiny szczęścia, bo jak inaczej nazwać parę dwu punktowych porażek i remis? Po drugie nasi prezesi "w gorącej wodzie kąpani" swoimi dziwnymi decyzjami popsuli tylko atmosferę w zespole. Łącznie uzyskałem średnią 1,638. Popełniałem sporo różnych błędów i zdawałem sobie sprawę, że ta średnia mogła być sporo wyższa. Wygraliśmy play off z Zieloną Górą i oczekiwaliśmy baraży z Ostrowem. Przygotowałem się do tych spotkań jak do początku sezonu, pamiętając przykre doświadczenia z przed 3 lat. Obyło się tym razem bez żadnych defektów sprzętowych. Udało się, obroniliśmy Ekstraligę dla Gdańska po zaciętej, niełatwej walce!
Co z tego, skoro zadufani w sobie członkowie Zarząd nie potrafili spłacić zaległości wobec zawodników i nie otrzymali licencji na starty w Ekstralidze ?! Kiedy przychodziłem do Gdańska, w rozmowach negocjacyjnych na moje pytanie: "o gwarancję wypłacalności" panowie: Formela, Knop i Rusik, raczyli zadrwić ze mnie i parsknąć śmiechem, odpowiadając że jak mi nie wstyd pytać o takie rzeczy! Oni, wielce szanowani i prawi ludzie prowadzą wszystko od początku do końca! Nawet nie "możemy" a "musimy" wierzyć im na słowo! Okazało się, że są nawet gorsi od swoich poprzedników: nie odbieranie telefonów, naciąganie, chowanie głowy w piasek. Mogli chociaż zachować się jak mężczyźni i oświadczyć jak się sprawy mają, przyznać się do porażki. Niestety, pouciekali jak kapitan z Tytanika.
Tydzień przed zamknięciem listy transferowej, po tym jak zniesiono limit dla obcokrajowców i wszystkie kluby miały już nadmiar zawodników, ja dowiedziałem się że... mój Klub zbankrutował i że mogę sobie szukać nowego pracodawcy. Ciężka sprawa... Swoją drogą po co PZM wystawia licencje skoro w konsekwencji, po jej nie wystawieniu dla Klubu i tak poszkodowani są ciągle zawodnicy ?! Byłem załamany. Przygotowywałem się do sezonu nie wiedząc czy w ogóle będę jeździł. Podpisałem tzw. warszawski kontrakt w Bydgoszczy i czekałem na rozwój sytuacji. Powyższe fakty spowodowały też to, że wcześniej niż myślałem sam zabrałem się do składania silników. To jest coś czym chce się zająć po skończeniu kariery ale nie myślałem, że nastąpi to tak szybko!

Interesowały mnie straty tylko w Ekstraklasie. Jedynym wyjątkiem mógł być nowy Klub w Gdańsku. Trenowałem i brałem udział w sparingach w drużynie Polonii. Niestety, tamtejsze władze miały już ustawioną strategię na sezon, bez Jabłońskiego. Ciężko było mi przełknąć fakt, że będę jeździł w 2 lidze. Jak to w życiu bywa, co się źle zaczyna, dobrze się kończy. Sezon 2006 okazał się najlepszym w życiu pod każdym względem, nawet prywatnym. W lidze zgubiłem przez cały rok tylko 17 punktów! Uzbierałem ich łącznie 229 co dało mi średnią 2,8 pkt. na bieg i 14,3 pkt. na mecz. Indywidualnie byłem drugi w silnie obsadzonym Lotos Cup i trzeci w HN Cup. W IMP zająłem 5 msc zdobywając 10 pkt. (2,1,2,3,2), ocierając się o podium zaledwie jednym punktem. Kiedy dowiedziałem się o tym po zawodach radość zamieniła się w niedosyt i smutek. Szczęśliwie, cały mój team wyciągnął wnioski i błędów z Tarnowa już nie popełniliśmy w Miscolcu 1 października. Pomimo słabego początku nie straciliśmy zimnej krwi do końca wierząc w zwycięstwo. Po zdobyciu 13 pkt (1,3,3,3,3) musiałem stanąć do biegu dodatkowego o złoto. Wylosowałem najmniej korzystne, trzecie pole. Taśma poszła do góry i co? Dejavu! Znowu przegrywam start, jak wtedy w 1998 roku. Postanowiłem zaryzykować i zaatakować przy krawężniku już na pierwszym łuku. Wyprzedziłem Grzegorza Walaska i obroniłem pozycję. Wygrałem !!! Sprzęt, który sami przygotowaliśmy, który nie zawodził przez cały sezon, teraz też nie zawiódł. Mój inżynier Robert, Maciek i Kamila, cała ekipa spisała się na medal! Zostaliśmy Mistrzami Europy!!!

Rok 2007 okazał się krótkim sezonem, ponieważ odpadliśmy z drużyną w play-offach i jako beniaminek zajęliśmy trzecie miejsce. Indywidualnie pomimo bardzo dobrzej średniej w lidze (2,257 w rundzie zasadniczej) też nie było najlepiej. Dalekie miejsca w Złotym Kasku i Mistrzostwach Polski Par Klubowych. Na osłodę pozostał srebrny medal Mistrzostw Europy Par w Terenzano (12 pkt + bonus), V miejsce w Memoriale Alfreda Smoczyka w Lesznie (12 pkt + 0) i II miejsce w Grand Prix Gdańska (13 pkt.) Mając tyle czasu wystartowałem również w zawodach motocrossowych na koniec sezonu. W Lesznie byłem trzeci, a w Sochaczewie zająłem drugie miejsce.

Sezon 2008 w przeciwieństwie do poprzedniego okazał się chyba najdłuższy w mojej karierze. Prawie całkowicie przebudowany skład miał przed sobą tylko jeden cel - awans do ekstraligi. Nie udało nam się awansować z pierwszego miejsca. Musieliśmy stanąć do pojedynku barażowego z Rzeszowem. Wygraliśmy i po trzech latach Gdańsk wrócił ponownie do ekstraklasy. Dla mnie cały sezon był przeciętny. Średnia biegowa 1,866 była spowodowana jazdą w kratkę. Myślę, że z tego powodu nie znalazłem uznania w oczach osób budujących skład na nowy sezon i musiałem poszukać sobie nowego klubu. Po pięciu latach wróciłem do Startu Gniezno.

W 2009 roku moim celem było powrócenie do równej, wysokiej formy. Drużyna Startu jako beniaminek, pamiętając jeszcze spadek z przed roku, chciała tym razem utrzymać się w I lidze. Myślę, że nie małą niespodzianką było dla wszystkich zajęcie 4 miejsca. I przyznaję, że wtedy do głowy mi nie przyszło zmieniać klubu na inny I ligowy. Pozostałem więc w Gnieznie na 2010.

A ten nie był już taki kolorowy, bo apetyt wszystkich rósł w miarę jedzenia. Zajęliśmy 3 miejsce w lidze. W 2011 roku ze względu na zmiany regulaminowe otwierała się szansa awansu do Ekstraligi. Nie byliśmy w stanie zapewnić sobie tego przed sezonem "na papierze", tak jak potentaci finansowi z Bydgoszczy czy Gdańska, ale wiedzieliśmy, że stać nas na ostrą walkę. Tak też było: zdeterminowani walczyliśmy do ostatniego biegu w sezonie, pomimo trudności finansowych i personalnych. Wygraliśmy 5 meczów wyjazdowych, co jeszcze nie dawno nikomu się nawet nie śniło. Ale to okazało się za mało. Cztery porażki: u siebie z Grudziądzem, Bydgoszczą i Gdańskiem oraz wyjazdowa w Grudziądzu spowodowały, że cel nie został osiągnięty. Stanęliśmy do pojedynku barażowego z Częstochową. Przegraliśmy go u siebie 43-47. Mało kto, poza zawodnikami wierzył że pod Jasną Górą wygramy.

Dziś mogę powiedzieć, że jestem dumny z mojej drużyny, której zaszczyt miałem być kapitanem. Dlaczego? Chcieć nie zawsze oznacza móc. Pomimo problemów, zarzutów, wielu teorii spiskowych oraz własnych słabości wiem, że wszyscy chłopacy zostawiali serce na torze, ambitnie walczšc o każdy punkt. Życie kolejny raz pokazało, że największy sukces może być też dotkliwš porażkš. Najlepszy wynik STARTU od 11 lat wcale nie kończył się radością, a większość z nas płakała. Reasumując moje 3 lata w Gnieznie drużyna odnotowała stały progres wyniku, a ja w 58 meczach i 296 biegach zdobyłem 633 punkty (11 pkt/mecz i 2,138 pkt/bieg). Indywidualnie wystąpiłem we wszystkich Finałach IMP i Złotego Kasku plasując się około X miejsca. W miedzyczasie, dla odstresowania wziąłem udział w kilku rundach Mistrzostwach Strefy Zachodniej w motocrossie w barwach MKS Nekla oraz wywalczyłem 2 złote medale Drużynowych Mistrzostw Italii.

Rok 2012 był początkiem kolejnego etapu mojej kariery. Roczny kontrakt z Falubazem Zielona Góra nie gwarantował mi niczego. Z uwagi na wysoki KSM mogłem walczyć o skład tylko z Jonssonem, Holtą i Protasiewiczem. Byłem jednak na tyle zdeterminowany aby zaryzykować. Miałem już doœć 6cio letniej, ciągłej walki o awans i doœć I ligi. Cała sytuacja regulaminowa spowodowała że wystąpiłem tylko w 6 meczach ligowych. Cały ten okres poœwięciłem jednak na przetarcie się i odœwieżenie Ekstraligowego œrodowiska. Wystąpiłem w Finale IMP, gdzie skręciłem poważnie staw skokowy i nie mogłem zaliczyć go do udanych. Z nie wyleczoną do końca kostką, wspólnie z Łukaszem Jankowskim wywalczyliœmy Srebrny Medal MPPK w Lesznie. W przerwach w sezonie wygrałem kilka rund Motocrossowej Strefy Zachodniej i czekałem na 2013. Tu z kolei wykorzystaliœmy regulamin i wystartowaliœmy we wszystkich meczach. Œrednie zdobycze punktowe to 5 pkt na wyjazdach i 6-13 pkt u siebie. Całoœć złożyła się na zdobycie tytułu Drużynowego Mistrza Polski ! Do tego doszło V-ce Mistrzostwo Niemiec z drużyną Wolfslake Berlin. Otarłem się też o podium Indywidualnych Mistrzostw Polski w Tarnowie. Przez własne błędy i niedoskonałoœci zająłem 5 miejsce. Miło też jest mi zakomunikować, że minęło mi już 20 lat na torach żużlowych i że pozostaję w najlepszej drużynie żużlowej na swiecie na kolejne 2 sezony.